• Basia Michalska

ROK Z ŻYCIA DZIEWCZYNY, KTÓRA CHCIAŁA ZA DUŻO…, A DOSTAŁA JESZCZE WIĘCEJ

Aktualizacja: 15 kwi 2019


Lata 2016 i 2017 spierały się o to, które z nich było najlepszym rokiem w moim życiu. 2016 powiedział: - Basia była w Nowej Zelandii, pozwiedzała sobie Londyn śladami Sherlocka i przeprowadziła się na Wyspy Kanaryjskie. O! I jeszcze wysłałem ją na wielką konferencję do Panamy! 8 NOWYCH krajów i trzy NOWE kontynenty. Deal with it! 2017 spokojnie stwierdził: - Fajnie, ale u mnie był: koncert Green Daya, warsztaty YouTube w Poczdamie, drugi największy karnawał świata, tatuaż w Miami Ink, Loch Ness, szalona wyprawa do Norwegii, cypryjskie plaże, duchowo-estetyczne ekscytacje w Izraelu i Palestynie (wiesz, Morze Martwe, Jerozolima, takie tam) no i spotkała swojego ulubionego aktora jakieś… 10 razy. A Wigilia była na wulkanicznej plaży. 11 krajów, 54 000 km, 4 morza, jeden ocean, dwie pustynie, jeden wulkan, fiordy, klify, jeziora, rzeki… Wymieniać dalej? I wtedy nadszedł rok 2018 i powiedział: „Potrzymaj mi prosecco i patrz!” Nie cackał się i zaczął styczniową wyprawą na Islandię. Zaczarowana Kredka napisała: - Hej, w sumie to się nie znamy, ale może chcesz pojechać z nami za Mur? Jasne, że chcę! Czy jest lepszy sposób na rozpoczęcie niż siedzenie na zewnątrz w jakuzzi w pobliżu koła podbiegunowego gdzieś po środku lodowej pustyni i wypatrywanie zorzy polarnej? (No ok, może piwko w Shire i samotna noc na wulkanie 16 000 km od domu, ale Islandia też super.)



Jedną z moich ulubionych książek jest „Nocny Pociąg do Lizbony”, gdzie znudzony powtarzalnym życiem bohater poznaje dziewczynę w czerwonym płaszczu i pod jej wpływem rzuca wszystko i rusza do Lizbony. Też ruszyłam do Lizbony na kolejną konferencję. Ciepło było. Postanowiłam dla kontrastu schłodzić się w Norwegii. Żebym się nie nudziła przed majówką, rok 2018 zaproponował jeszcze kilka dni w Emiratach. Lunch na szczycie Burj Khalifa to jedna z tych klasycznych rzeczy z bucket list. Kolejną jest zapewne bycie typowym turystą w Paryżu, więc polecieliśmy z ekipą spróbować ślimaków i zrobić zdjęcia na tle wieży Eiffla. W tym czasie wyszły trzy nowe filmy z Martinem Freemanem, czy ten człowiek kiedyś śpi?



I wreszcie maj! Majowe Wielkie Wyprawy powoli zaczęły się stawać tradycją, bo mam wtedy największą alergię i muszę ją przeczekać gdzieś, gdzie nie pylą się topole. W 2016 była to Panama, w 2017 - Miami. W tym roku roku padło na Indie. Nie ma to jak odwiedzić dom Ghandiego mając na sobie koszulkę z AC/DC! Okazało się, że Bombaj to jedno z najbardziej dających do myślenia doświadczeń mojego życia. Rano zjadłam trzydaniowe śniadanie w pięciogwiazdkowym hotelu, a po południu odwiedziłam jeden z największych slumsów świata. Milion ludzi 240 hektarach i tylko jedna czwarta z nich ma dostęp do toalety. Reszta korzysta z toksycznej rzeczki, więc notuje się tam 4000 przypadków zachorowań. Dziennie. Są rzeczy, których mój malutki, europejski móżdżek nie potrafi ogarnąć. Dowiedziałam się wiele o życiu, poczuciu szczęścia i punktach widzenia. Jeszcze długo Dharavi i jego mieszkańcy będą mi się śnić. Co innego zobaczyć to w telewizji, a co innego porozmawiać z kimś, kogo życie jest tak inne.


Potem nadeszły te prawdziwe, letnie wakacje (bo jesteśmy dopiero przy czerwcu). Przebiegłam maraton i zdezerterowałam na małą wysepkę gdzieś na Atlantyku - Azory. Ucięłam sobie klasyczne wczasy. Klasyczne bo hotel, plaża, basen, ale od siebie dodałam rajd rowerowy po Sao Miguel i megaspacery. Widoki oczywiście nieziemskie, bo Azory to połączenie Islandii i Kanarów. To tam zaczęła się też kolejna z moich nieprawdopodobnych przygód, o której pisałam w osobnym poście. W dużym skrócie jest to historia o tym, jak zostałam koleżanką swojego ulubionego hollywoodzkiego aktora, ale to bardzo duży skrót, więc poniżej wkleję całą*. Poznałam fantastycznych ludzi i miałam przyjemność pracować z Martinem Freemanem i po tym wszystkim lubię go jeszcze bardziej. Ponoć reżyser opowiadał mu o mnie i wspólnie się zastanawiali, jaki numer jeszcze wykręcę. A ja im nawet nie mówiłam, że przeszłam casting do tego filmu po nieprzespanej nocy spędzonej na dachu opuszczonego budynku w Brukseli. I że przebiegłam maraton, żeby schudnąć szybko do roli. I że w międzyczasie Królowa Elżbieta II wysłała list z podziękowaniem za portret.




Wróciłam do Polski. Na całe trzy godziny, bo jeszcze na Azorach nieświadoma tego, co się zbliża, kupiłam sobie bilet na Maltę. (No co? Był po 50 zł! Tylko frajer by nie skorzystał!) Przepakowałam się i wróciłam na lotnisko. Niewiele pamiętam, bo wciąż byłam pod wrażeniem pracy na planie The Operative. Udało się zaliczyć wschód słońca w Gziże i udawać, że przejmuję władzę w Westeros (w końcu Valletta zagrała Królewską Przystań w „Grze o Tron”!).



Wróciłam z Malty w środku nocy, przepakowałam się (czyste ubrania zaczęły się kończyć), pojechałam do Katowic i zabrałam rodziców do Gruzji na wino i chaczapuri. Jeśli powiem, że Batumi to miasto z kosmosu, to nie skłamię. - Jak dojść do Łuku Tryumfalnego? - Bardzo prosto: idziesz bulwarem aż do Koloseum, mijasz London Eye i na wysokości Moulin Rouge skręcasz w prawo, potem ulicą do końca i przy Akropolu będzie, zaraz za Piramidą Cheopsa. - Mają rozmach skurwysyny…


Wróciłam. Razem z przyjaciółką zrobiłyśmy noc pod gołym niebem i obserwowałyśmy spadające gwiazdy, a ja niefortunnie powiedziałam, że „chciałabym więcej podróżować”. Haha. Dobrze, że sobie wtedy nie zażyczyłam gwiazdki z nieba, bo mój Anioł Straż ma wybitne poczucie humoru i znając jego, to w Ziemię walnąłby meteoryt. Pojechałam do Warszawy. Andrzej Tucholski zaprosił mnie na śniadanie. W to, co wymyśliliśmy siedząc nad omletami, uwierzą chyba tylko osoby, które nas znają. Ale to temat na przyszły rok. Jesteśmy dopiero w 2018. Martin Freeman w tym czasie zagrał w trzech kolejnych filmach (w tym jednym razem ze mną <3). Mój kanał przekroczył 100 000 subów! Miałam już nigdzie nie jechać, ale „jakoś tak wyszło”, że nieco z przypadku trafiłam na kurs nurkowania. Mamo, Tato, wasze dziecko już doszło do etapu fascynacji sportami ekstremalnymi. Spodobało mi się, więc ruszyłam z fantastyczną ekipą na malowniczą wyspę Hvar, by podziwiać podwodny świat i ostatecznie rozprawić się z lękiem przed ślimakami (niektóre podwodne ślimaki są wielkie!). Ktoś mi sekretnie życzył pójścia na dno? Byłam! Pięknie tam jest! Widziałam koniki morskie, jaja rekina i ośmiornicę. (Okazało się, że jest spora różnica między ośmiorniczką na talerzu a ośmiornicą wielkości piłki do siatkówki płynącą obok twojej głowy. Serio.) Poza tym bardzo lubię siedzieć z dala od domu i słuchać wykładu o życiu erotycznym bonelii zielonej (samiec mieszka sobie w tyłku samicy - ciekawie!). Przed powrotem zahaczyliśmy o Split, więc postanowiłam odwiedzić Pałac Dioklecjana. W końcu nagrywali tam sceny z Meereen w Grze o Tron!



Cudowne to wszystko było, ale postanowiłam trochę wreszcie posiedzieć w Polsce. Taaa… Dość szybko Kalendarz Google uświadomił mnie, że gdzieś po drodze kupiłam sobie kolejny tani bilet. Nie wiem, co inni ludzie kupują, gdy są pijani, ale ja kupuję chipsy, lakiery do paznokci i bilety lotnicze. Cztery dni później byłam już w samolocie do Mediolanu. Czyste ubrania się zupełnie skoczyły, bo kiedy miałam iść do pralni? Dokupiłam nowych i ruszyłam do Milano, a potem na moje upragnione Rzymskie Wakacje, żeby udawać Audrey Hepburn i Anitę Ekberg. Postanowiłam spędzić czas na malowaniu w kawiarniach. Tak na spokojnie. Bez szaleństw. Spokój. Mój hotel był 15 km od centrum, więc codziennie zaliczałam megaspacery, a zaoszczędzone pieniądze i kalorie przeznaczyłam na pizzę. Miło było, ale ileż można siedzieć w jednym miejscu? Arrivederci Roma!



Kilka godzin po przekroczeniu progu warszawskiego mieszkania odebrałam telefon: - Rozpakowałaś się po Italii? - Nie. - To się nie rozpakowuj. Jutro 5:40 masz lot na Teneryfę. - Ale… - Stawiam króliki w Otelo. - Dobra, tylko błagam - niech tam będzie sprawna pralka… Usiadłam. Policzyłam do 10. Potem raz jeszcze. Dopakowałam kostium kąpielowy, który wciąż pachniał Chorwacją. Zaniosłam do sąsiada karton jajek, który kupiłam zaledwie dwie godziny wcześniej. Po cholerę ja w ogóle wynajmuję mieszkanie w Warszawie? Nie lepiej kupić sobie szafeczkę na Chopinie i trzymać tam szlafrok i kapcie? Ruszyłam. Gdzieś pomiędzy papierkową robotą, a zrzędzeniem turystów, że za ciepło, udało mi się wyskoczyć kilka razu na surfing. Do siniaków po zderzeniu z rafą koralową na Hvarze doszły siniaki po upadku z deski surfingowej. Spałam jak zabita. Obudziłam się i nie wiedziałem, gdzie jestem. Za oknem trzeci największy wulkan świata, który spóźnia się z wybuchem już dobre 20 lat. O, cześć Teide! Czyli Kanary. - Idę na chwilę do sklepu. - Stop! Zanim wyjdziesz, paszport proszę grzecznie na stole zostawić. Żebym po powrocie do domu miała co opowiadać, Hard Rock Cafe Tenerife (ten który wygląda jak pałac Kleopatry!) wybrał mnie do kampanii swojego jesiennego menu. Czułam się cudownie pozując do zdjęć w czerwonych szpilkach z turkusowym Staratocasterem! Hey hey, I wanna be a rockstar! Wreszcie mam swoją pierwszą koszulkę z Hard Rocka!



Polska wezwała mnie na Warsaw Comic Con 2018. Taka sobie zwykła sobota na targach. Idziesz po kawę. Obok ciebie idzie Gimli. Nikt go nie poznaje, bo współczesna młodzież urodzona już długo po premierze Władcy Pierścieni. Chcesz podejść, ale drogę zastępuje ci… widz kanału, który chce mieć z tobą zdjęcie. I robi to na oczach Johna Rhys-Daviesa, zupełnie ignorując jego i moją minę. Dobre. Cholernie dobre. Zgodnie ze starą jak świat prawdą pt.: „elfickie dziewczyny lecę na każdą rasę w Śródziemiu oprócz swojej własnej” zostałam w tym roku oczarowana przez dwa cudowne krasnoludy: Gimliego i Oriego (oby Bilbo zazdrosny nie był!). Kręcił się tam także Rollo z Vikings. Co za wspaniały facet! (Oby Bilbo zazdrosny nie był!) Z błogiego zamyślenia wyrwał mnie głos wujka: - A Baśka, co? Pewnie siedzi cały dzień na balkonie i patrzy na przelatujące samoloty jak dziecko na wystawę sklepu z cukierkami? Miał rację. Który mamy miesiąc? A tak, listopad. - Siostro, Skyscanner! Szybko! Już miałam kupować bilety do Szwajcarii, gdy usłyszałam telefon. - Chcesz jechać na konferencję w Moskwie? - Chcę. - To skocz na Plac Trzech Krzyży po wizę do Rosji. Raz, raz. Dwa. Trzy. Wiedziałam, że jak zaczekam to zrobi się samo. Pojechałam. Wino mi zamarzło. Już mi się tu nie podoba. O! Wszystko wygląda jak z piernika! Już mi się tu podoba! - Ale ty wiesz, Basiek, że The Shard już nie jest najwyższym budynkiem Europy? - Jak rozumiem, jest tu coś wyższego... - Tak, tamten. I tak znalazłam się tutaj czyli na Wieży Federacji w Moskiewskim City.


Podsumowując… 21 krajów. 65 000 km. 1/10 świata w 12 miesięcy. A pod koniec roku zapowiedziano kolejny film i dwa seriale z udziałem Martina. Nie tylko ja poszłam na rekord w tym roku. (Ostatecznie się okazało, że ten cały eurotrip był niepotrzebny, bo na Azorach mają każdy rodzaj krajobrazu, łącznie z alpejskim, a Batumi ma wszystkie zabytki, łącznie z Koloseum.) I wiecie co? To co opowiedziałam to tylko część tego, co się wydarzyło. Są wśród Was osoby, które usłyszały dużo dużo więcej. Pewnych historii po prostu nie wypada publikować na Facebooku i nadają się wyłącznie jako dodatek do kieliszka wina.

Nie jest łatwo być mną. Codziennie się budzę i nie wiem, ani gdzie jestem ani jaka jest pora roku. Ani gdzie znowu lecę ani jak się nazywam. W snach spaceruję po slumsie albo tonę w podwodnej jaskini w wielkim błękicie otoczona konikami morskimi. Jestem na wyspach na końcu świata albo w Wiecznym Mieście. Słyszę szum oceanu i głos, który z brytyjskim akcentem mówi mi, że już wszystko jest dobrze. Czuję zapach curry, niebieskich kwiatów z kolcami, drzewek iglastych z Toskanii, siarki z Islandii. Stoję na obcasach otoczona tłumem i kamerami albo całkiem sama na zajebiście aktywnym wulkanie, zastanawiając się, kiedy to wszystko pierdolnie. To było jak bardzo długi sen, ale tablica na Facebooku i pamiętnik zdają się potwierdzać, że jednak prawda. A z resztą… nawet jeśli to był sen, to… „nie, nie, nie budźcie mnie / śni mi się tak ciekawie / jest piękniej w moim śnie / niż tam na waszej jawie”. Życie jest jak barraquito. Najpierw delikatna pianka, potem gorzka kawa, potem sponiewiera cię likier 44, a na końcu słodycz z mleczka skondensowanego. Chyba jestem na etapie „likier”. Tak sobie wybrałam. Tak wygląda jeden rok z życia osoby, która chciała wszystkiego. Życzę powodzenia osobom, które planują przescrollować moją tablicę na Facebooku, żeby sprawdzić, czy pisałam serio czy zmyślałam. (spojler: serio) Kurwa, fajnie było.


*A tutaj jeszcze HISTORIA O TYM, JAK TRAFIŁAM DO HOLLYWOOD NA CAŁE TRZY DNI Jeszcze 5 lipca odpoczywałam sobie spokojnie na Azorach, na środku Atlantyku, wciąż nieświadoma tego, co się zbliża. Takie zwykłe, rutynowe siódme wczasy w tym roku. Na Twitterze mignęła mi informacja, że za dwa dni w Niemczech jest casting do filmu, w którym grają Martin mój_ulubiony_aktor Freeman i Diane Helena_z_Troi Kruger. Agencja statystów poszukiwała Niemek i Iranek ze znajomością języka niemieckiego. Nie spełniałam ani jednego wymagania, ale ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, by nie spróbować. Większym problemem była czasoprzestrzeń… Pewnie mnie troszkę znacie i domyślacie się, że ani Atlantyk ani presja czasu nie są dla mnie wystarczającą wymówką by odpuścić. Szukałam biletów do Niemiec. Nie było biletów do Niemiec. Znalazłam lot do Brukseli. (A TERAZ PRĘDKO, ZANIM DOTRZE DO CIEBIE, ŻE TO NIE MA SENSU!) Kupiłam lot do Brukseli. Następnego dnia w popłochu wymeldowałam się z hotelu na wyspie São Miguel. Och, nie podoba się pani u nas? - Bardzo mi się podoba, senhor, ale świat wzywa! I'm going on an adventureee! Wpadłam na lotnisko i ruszyłam do Brukseli. Trwał akurat mecz, Belgia wygrała z Brazylią 2:1, a pilot relacjonował nam każdego gola przez głośniki. Meksykańska fala za każdym razem, bo samolot pełen Belgów. Wylądowałam w Brukseli w środku nocy i znalazłam hostel. Zostało wolne miejsce tylko w sali, gdzie byli sami faceci. Na dodatek trwała wielka, międzynarodowa impreza. Anglia, Iran, Pakistan, Indie, Chiny i tak dalej. I tak bym nie dała rady zasnąć w tym hałasie, więc dołączyłam. Finał imprezy odbył się na dachu opuszczonego budynku, na który dało się włamać z hostelu. Oglądaliśmy tam wschód słońca. Rano półprzytomna władowałam się do pociągu do Kolonii. Pociąg się spóźnił, więc nie zdążyłam na przesiadkę i musiałam złapać kolejny. Przebrałam się i zrobiłam makijaż w wagonie. Wpadłam na casting spóźniona i zobaczyłam tłumy pięknych dziewczyn, które dokładnie spełniały wymagania zaznaczone w ogłoszeniu. Prawie wszystkie pojawiły się z jednego powodu, a powód miał na imię Martin. Reszta to byli profesjonalni statyści. Dostałam do wypełnienia formularz po niemiecku, a kilka osób pomogło mi się z nim uporać. Wpadłam na przesłuchanie, strzeliłam pokazówkę metody Stanisławskiego, bo w pociągu pobrałam pdfa z rodzaju „Techniki aktorskie dla opornych”. Wdech. Wydech. Weszłam do sali przesłuchań. - Jak masz na imię i skąd przyjechałaś? - Mam na imię Basia i przyjechałam z Polski. - Skąd pomysł na udział w castingu? - Czuję się dobrze przed kamerą, a że byłam w pobliżu, to postanowiłam spróbować. - No ale Polska to tak nie do końca "w pobliżu". - Nieprecyzyjnie się wyraziłam. Z Polski pochodzę. A przyjechałam z Azorów. - 3000 km to blisko? - Yyy, z geologicznego punktu widzenia faktycznie jest to styk północnoamerykańskiej i afrykańskiej płyty tektonicznej, ale z politycznego punktu widzenia jednak wciąż ten sam kontynent, no nie? Powiedziałam uczciwie komisji, że nie znam arabskiego ani niemieckiego, ale jak trzeba to się nauczę - w końcu nagrywki dopiero za 12 dni, nie takie rzeczy się robiło. Zaprezentowałam też swoje 10 akcentów w języku angielskim w tym akcent perski, którego nauczyli mnie Irańczycy poznani w hostelu w Brukseli (wybaczam im, że o 3 rano smażyli frytki w pokoju i jarali trawkę, więc wszystkie moje ciuchy pachniały potem ziołem i starym olejem). - A kogo chciałabyś zagrać? - [Najchętniej to dziewczynę tego kogoś, kogo gra Martin… Kogokolwiek on gra.] Yyy… Mogę zagrać nawet płytkę chodnikową. Albo agentkę MOSADu. Bo to o tym jest ten film, no nie? WZIĘLI MNIE!!! Od reżysera dowiedziałam się później, że na castingu było 900 osób, a na zdjęcia w Kolonii zostało zaangażowanych tylko 150; 30 na pierwszy dzień, 100 na drugi i 20 na trzeci. Ja trafiłam na pierwszy. No to czas zadzwonić do rodziców. - Cześć Mamo i Tato. - GDZIE JESTEŚ? Na Azorach? - Niezupełnie... - CO się stało? - A coś się musiało stać? - Ostatnim razem, kiedy "nic się nie stało", ogłosiłaś, że lecisz sama do Nowej Zelandii, żeby zniszczyć Pierścień Władzy w ogniu Góry Przeznaczenia, za 6 dni wyprowadzasz się na Wyspy Kanaryjskie, zrobiłaś sobie sobie tatuaż w Miami Ink, spławiłaś niechcący napastnika reprezentacji Polski, który cię podrywał, wydajesz książkę, jesteś sama w środku nocy na szczycie aktywnego wulkanu albo na środku największego slumsu świata, najbogatsza niemiecka rodzina zaprosiła cię do swojego zamku, wisisz na jakiejś skale w Norwegii tysiąc metrów nad ziemią i nie wiesz, jak zejść, zgubiłaś się w gangsterskiej dzielnicy Panamy, trenujesz do triathlonu na dystansie IronMan... - No dobra, stało się. Streściłam historię. Zero zdziwienia. Wróciłam do Warszawy. Nie było samolotów, więc wzięłam busa. Jechałam 12 godzin z myślą, że w tym czasie to bym zdążyła zalecieć do cholernej Australii. Towarzysze podróży pytali, czy ja też wracam ze zbiorów truskawek w Dortmundzie. -Nie, ja z polowania na jeże. Wpadłam do domu i walnęłam się w łóżko. Śpię. Rano się budzę i dzwonię do przyjaciółki: - Dudzik, fajny sen miałam. Śniło mi się, że dostałam rolę w filmie z Martinem Freemanem. - Michalska, z tego co kojarzę, to to akurat prawda. Faktycznie. 19go lipca stawiłam się więc w Kolonii i zaliczyłam ujęcia z Diane Kruger. Helena z Troi i Atena z Olimpu w jednej scenie! Ta bitwa jest nasza! Pierwsza reżyserka uznała, że jako jedyna statystka ogarniam na czym polega naturalna gra przed kamerą (5 lat na Youtube robi swoje) i OSOBIŚCIE zadzwoniła do mojego agenta, żeby wypisał mi umowę na dwa kolejne dni, a potem zmusiła drugiego reżysera do wzięcia mnie. I tym oto sposobem jako JEDYNA ze 150 osób trafiłam na wszystkie trzy dni! Pojawiam się przed kamerą jako 6 różnych osób! (Nawet Martin gra tylko jedną postać; who's the real boss?) Może i nie jestem dziewczyną jedną na milion, ale jedną na tysiąc - tak. Co więcej, jako jedyna nie znałam niemieckiego, więc reżyserowie osobiście tłumaczyli mi raz jeszcze każdą ze scen po angielsku, dzięki czemu miałam znacznie więcej okazji do pogadania z nimi. I nawet zjedliśmy wspólny lunch! Dosiadła się do nas Diane Kruger. ("Jem lunch z Diane Kruger. Jem lunch z Diane Kruger. Jem lunch z Diane Kruger. Wow. Zachowuj się naturalnie. Wow. Zachowuj się naturalnie. Siedzę przy tym samym stole z Diane Kruger.”). Potem dosiadł się do nas jeszcze właściciel agencji statystów. Na oczach Diane, reżyserów i ekipy produkcyjnej powiedział: - Barbra z Warszał? Bardzo mi miło cię WRESZCIE poznać. (Dzwoniłam do niego kiedyś, bo zgubiłam swój numer castingowy, Bóg i Dudzik mi świadkami). Widać ktoś mu dodatkowo zdążył opowiedzieć moje kolejne numery. Ale miło, że docenił mnie na oczach Heleny z Troi. Drugiego dnia do ekipy produkcyjnej dołączył Martin Freeman. Gdyby ktoś nie załapał - niewiele brakło żebym się z nim koncertowo minęła, bo początkowo miałam być tylko na pierwszy dzień. Zaskakujące, że kiedyś, by go zobaczyć potrafiłam wydać 1000 zł na bilet do teatru, a teraz ktoś za oglądanie go po 12 godzin dziennie zapłacił mi kilkakrotność tej kwoty. Okazało się, że Martin pamięta mnie z Londynu!!! Ja rozumiem, że zawodowi aktorzy to mają niezwykłą pamięć, ale czasem nie poznaje cię ktoś, z kim pracowałeś kilka lat! A mnie zapamiętała osoba, która widziała mnie tylko 10 razy i to 8 miesięcy temu po raz ostatni! JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE JA TEGO CZŁOWIEKA WIDUJĘ CZĘŚCIEJ NIŻ 75% MOICH WŁASNYCH ZNAJOMYCH? JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE Z FANKI AWANSOWAŁAM NA KOLEŻANKĘ Z PRACY? Padłam, kiedy usłyszałam od niego spokojne i radosne: - Hej, czy my się przypadkiem nie znamy? Najpierw mnie zatkało, a potem powiedziałam "luzacko": - Ach, możliwe, bo twoja twarz taka dziwnie znajoma... Reżyser drugiego planu wiedział, że jestem fanką Martina, więc co kilka minut powtarzał mi, że jeśli będę go zaczepiać, to mnie z hukiem wyrzuci. Sytuacja o tyle trudna, że Martin nie wiedząc o tym, że mam na niego bana, co chwilę podchodził i zagadywał, bo wyglądałam na spiętą. Wiecie…, po raz pierwszy w życiu byłam na planie dużego filmu i miałam świadomość, że jeden mój błąd to dodatkowe 40 minut pracy całej ekipy. Wobec zaistniałej sytuacji bardzo dziękuję reżyserowi za to, że mając do wyboru każdego, wziął do ostatniej sceny właśnie mnie. Michalską Basię. W ujęciu były tylko trzy osoby: ja, Martin i chłopak, który grał mojego chłopaka. Reszta aktorów wróciła do miasteczka filmowego. Stałam zatem ubrana w obcisłą sukienkę, a kilka metrów dalej mój ulubiony aktor. Uśmiechał się do mnie serdecznie. I po raz kolejny słyszałam „Światła! [Dźwięk! Statyści!] Kamera! Akcja!”. Stałam i nie mogłam uwierzyć, że to mi się nie śni. Po kilku godzinach nagrywania (chyba z 10 tejków i to nie z mojej winy!) przyszedł time to say goodbye. Sami_wiecie_kto mnie na pożegnanie wyściskał. Ja się poryczałam z radości i wzruszenia. I w tym właśnie momencie wpadł reżyser wrzeszcząc: - Barbra, chyba mieliśmy umowę! Jakoś niekulturalnie byłoby tłumaczyć się, że to nie ja się odzywam do pana aktora tylko pan aktor do mnie. Milczałam. Na szczęście Martini przejął inicjatywę i powiedział do reżysera: - Spokojnie, my się znamy. Wszystko w porządku. Nie umiałam się powstrzymać od bezczelno-uroczego uśmiechu. To jest dokładnie ta mina, jaką robi dziecko, które było ochrzaniane przez rodziców, ale z odsieczą przyszła babcia. Reżyser się nieco zdziwił, ale nas zostawił. W sumie to tyle. #taka_historia Z ledwością załapała się do pierwszej piątki najbardziej szalonych rzeczy, jakie w życiu robiłam.


To ten... Miłego dnia Wam wszystkim! Pozdrawiam

2,127 wyświetlenia2 komentarz

© 2023 by Amanda Willman.
Proudly created with Wix.com